Nowości i starości w życiu Niskiego Grabieżcy. Nie będzie tutaj porad ani sztuczek odnośnie ts, a wyłącznie jęki i żale autora.

"The ex-suicide opens his front door, sits down on the steps, and laughs. Since he has the option of being dead, he has nothing to lose by being alive. It is good to be alive. He goes to work because he doesn't have to."

2015/11/02

Hey, look me in the barrel

W iście fajtklubowskim stylu wyprzedaję, oddaję i wymieniam na kocie puszki wszystko, co jest mi tylko trochę niezbędne lub zbędne. Sokowirówka, łóżko, kurtka, odżywka do włosów, donica, skórzane kajdany, suszarka na ubrania... Co się nawinie. Jeszcze nie wiem, czemu dokładnie to robię, opcje są trzy. Kiedyś - z pomocą perspektywy czasu - wybiorę odpowiednią. Na pewno chcę zrobić sobie miejsce. Na co? Też nie wiem, ale nie boli mnie to.

Gromadzenie rzeczy było moim problemem przez całe życie. Nie miałem Domu przez duże De od lat, zastępowałem go więc skupiskiem bambetli. Czułem się lepiej mając rzeczy. Okej, nie mieszkam nigdzie na stałe, nie czuję się nigdzie u siebie, nie mam rodziny jako takiej, ale skleciłem sobie przecież tymczasowe gniazdo. Ze spodni, w które kiedyś wchodziłem; paczki listów od ludzi, którzy mnie już nie pamiętają; czterech pęków kluczy od domów, do których nie wolno mi wchodzić; lampek na gwiazdkę z pięciokrotnie klejonym kablem; książki kucharskiej, której nie będę używał do samotnych obiadów; wszystko-odpornego ochraniacza na materac, żeby przygodne znajomości nie miały znaczenia na następny dzień. Życiowy barłóg pozornego poczucia bezpieczeństwa. Samozwańcza przynależność. Pamiątki po każdej pojedynczej chwili, w której coś znaczyłem dla siebie i/lub innych.

Nawet kiedy nie miałem gdzie mieszkać, nadal gdzieś tam miałem jakieś swoje rzeczy - część tu, część tam... Niektórych nie odebrałem do dziś, po pięciu latach. Zapewne już ich tam nie ma. Nadal jednak myślę o nich, jak o swojej własności, którą wprowadzę do Domu - bo przecież na pewno kiedyś będę jakiś miał, huh? 

 

2015/05/25

I walked through fire to save my life


Mnóstwo postępów, mnóstwo zmian, mnóstwo planów. I ogrom presji, by być szczęśliwym człowiekiem. Presji napływającej z każdej strony poza moją własną głową.

Od półtora roku jestem eks-samobójcą, to fakt i postęp. Ale jeszcze nie jestem żywym człowiekiem.

2014/12/19

I can't hate the ones who made me.


W wersjach roboczych mam zapisanego niedokończonego posta sprzed kilku tygodni. O dziwo pozytywnego. Niestety, dzisiaj nie nadaje się do publikacji.

Dostaję sporo wiadomości, w których ludzie dziękują mi za to, co piszę. Opowiadają, że dzięki mnie łatwiej było im przetrwać, że odzyskali nadzieję, że czytanie pozwala im podejść do życia z większym spokojem. Super. Serio, cieszę się. Tylko dlaczego obcy ludzie korzystają z moich myśli, a ja sam tego nie potrafię? To naprawdę męczące. Ile można walczyć z tym samym problemem? Brak energii, brak chęci do życia, bla bla blah. To już jakieś 12 lat, halo. Jestem tym równie zmęczony, co poirytowany. Wystarczy, że kilka dni nie wezmę leków i już mamy małego obżartucha ze skłonnościami samobójczymi. Nie chcę do końca życia brać psychotropów. Nie chcę wiedzieć, że bez chemii czuję się nic nie wart i gotów do łamania karku. Nie chcę widzieć wstania z łóżka jako wielkiego wyczynu. Nie chcę skutecznie udzielać rad, jednocześnie nie mogąc z nich skorzystać. Chcę normalnie reagować, normalnie się wkurwiać, normalnie się załamywać, normalnie się śmiać, normalnie się podkochiwać, normalnie czuć głód... Chcę mieć więcej niż te dwie opcje do wyboru: wymęczony spokój, paniczna beznadzieja. Chciałbym też mieć możliwość wygadania się - to niewyobrażalnie smutne, kiedy wiesz, że każdy może do ciebie napisać, ale ty masz do dyspozycji wyłącznie wizualizację fragmentu swojego charakteru (aka Zwierzę). Chyba tęsknię do bycia mile widzianym w czyimś życiu. Tak rzadko się to zdarza i tak krótko trwa. Niecierpliwie czekam na kolejny raz.

Ostatnio doszedłem do wniosku, że moje życiowe cele i marzenia są wzięte z kosmosu. Postanowiłem zejść na ziemię i skupić się na tym, co jest w zasięgu moich krótkich łapek. Zrezygnowałem na przykład z myśli o dziecku. Nie jestem dobrym kandydatem na ojca. Jasne, ponoć mam boskie podejście i wszystkie znajome dzieciaki mnie kochają. Może i bym był dobrą opiekunką albo przyszywanym wujkiem, ale nie ojcem. Nie z tą porezaną głową, niestety. Co dziwne, żal odczuwam dość niewielki. Małe były szanse na dziecko, zatem i rezygnacja łatwiejsza. To samo z wyborem zawodu. Zdrowie nie pozwala mi na pracę przy garach. Przejrzałem wszystkie swoje małe marzenia i poddałem je weryfikacji. Zmniejszyłem poziom trudności życia, jeśli mogę tak powiedzieć. Wszystko w nadziei, że uda mi się osiągnąć jakiś tam minimalny stopień spełnienia i szczęścia. Zobaczę, co z tego wyjdzie.

Święta i Nowy Rok będę obchodzić w otoczeniu swojej jedynej aktywnej rodziny, czyli kotów, Zwierzęcia i słodyczy. Trochę lipa. Zastanawiam się nad pójściem na jakąś miejską wigilię dla samotnych czy coś... Nie jestem chrześcijaninem, ale kulturowo gwiazdka mimo wszystko dużo dla mnie znaczy. W tym roku nawet kawałka choinki mieć nie będę, niestety, za dużo leków do kupienia w grudniu. Jeśli ktoś chce mi złożyć życzenia, niech życzy mi jakiegokolwiek poczucia stabilności i bezpieczeństwa w 2015r. Nie zniosę chyba kolejnego roku bez pewności, że mam gdzie mieszkać, co jeść i za co się leczyć.

Ja za to wszystkim życzę, żeby czuli się dobrze z samym sobą i żyli swobodnie zgodnie ze swoją tożsamością, nie tylko płciową.

2014/05/06

Pomruki przed burzą?

Mimo, że właśnie mam swój typowy nocny napad nasilenia deprechy, to widzę jedną, zaskakującą zmianę. Bardzo ważną moim zdaniem. Na tyle ważną, że wręcz mnie oderwała od biadolenia i szukania jedzenia po kątach. Otóż zauważyłem, że mam wybór, i to wybór od którego zależy kolejny dzień, tydzień, miesiąc, reszta życia. Pierwszy raz tak wyraźnie odczułem, że jestem w stanie zawalczyć o swoją sytuację w przyszłości zwykłymi, drobnymi czynnościami. Szczerze mówiąc nie miałem takiego rewolucyjnego odkrycia we łbie od czasu zrozumienia pojęcia "miłość", które też jakoś dawno nie nastąpiło. Jak zwykle nie da się tego ubrać w słowa, ale... Jest moc. Może to jest to słynne stawanie się dorosłym? Oczywiście wybrałem tę złą opcję, deprecha zasadziła kolejnego kopa w żołądek. Nadal najchętniej zasnąłbym powieszonym snem wiecznym i obudził się do następnego życia po przeskoczeniu tej cholernej lekcji. Znowu jestem cholernie sam, tylko ja, Zwierzak i koty... Dopuszczam myśl, że to się w przyszłości zmieni i powinienem przestać na to zwracać uwagę. ...Co nie zmienia faktu, że fajnie by było usłyszeć jakieś zapewnienie lub pocieszenie od kogoś, kto jest człowiekiem. Czuję jakbym wreszcie stanął na skrzyżowaniu, na którym muszę zdecydować o zmianie kierunku na ten lepszy, korzystniejszy, sensowniejszy - i trudniejszy. I właśnie teraz przydałby mi się ktoś do motywacji, który kopnąłby mnie po przyjacielsku i dopingował, rzucając kąśliwe żarty. A może takie chwile trzeba przejść w całkowitej samotności..? Nie wiem, nigdy tu nie byłem. Wiem tylko, że brakuje mi realnego wsparcia. Ciężko jest radzić sobie z codziennością, kiedy brakuje siły i powodu do oddychania, a co dopiero mówić o całkowitej zmianie życia i wyjściu z ciężkiej choroby jaką jest wieloletnia deprecha. Wyjście z deprechy... To byłoby coś całkowicie nowego, uwolnić się nagle po 12 latach bycia oblepionym tym cholerstwem... Wow.

Zwierzę wydaje się być bardziej niż zadowolone z odkrycia, mimo to widać po jego twarzy, że jest zmęczone ostatnimi dniami. Mieliśmy dużo walki i choć wojna wygrana, to trzeba odbudować wszystko, co w czasie bitew się rozdupczyło. Rzuca swoje sarkastyczne uwagi i złośliwości, co jest najlepszym dowodem na poprawę jego stanu. Powolną, ledwo zauważalną, ale jednak poprawę. Spędza dużo czasu po prostu siedząc i towarzysząc. Nie zajmuje się niczym innym, po prostu jest. Nie obserwuje, nie zabawia się, nawet nie je. Jest... spokojne. Złośliwie spokojne. W teorii mogłoby to być ładowanie baterii przed kolejnymi wysiłkami, niestety po cichu wiem, że po prostu zostawia mi miejsce na myślenie i przełamywanie się. Doskonale wiedząc, że tego nie znoszę i chętnie zrzuciłbym to na nie.