Nowości i starości w życiu Niskiego Grabieżcy. Nie będzie tutaj porad ani sztuczek odnośnie ts, a wyłącznie jęki i żale autora.

"The ex-suicide opens his front door, sits down on the steps, and laughs. Since he has the option of being dead, he has nothing to lose by being alive. It is good to be alive. He goes to work because he doesn't have to."

2018/01/22

You told me so

*zdmuchuje grubą warstwę kurzu*

No, chwilę mnie tu nie było. Przejrzałem stare posty, chaotyczne wersje robocze, odsłuchałem linki do YouTube... Niektóre z tekstów stanowią dla mnie zagadkę. Dużo się pozmieniało, moje skróty myślowe najwidoczniej też.

Dużo osiągnąłem od czasu ostatniego posta. Przede wszystkim mam gdzie mieszkać, co po raz kolejny stanowiło problem. Może najmowany, klaustrofobiczny pokój nie jest szczytem marzeń faceta pod trzydziestkę, ale jako ktoś, kto dwa razy był bezdomny, potrafię docenić dach nad głową. Skończyłem w końcu szkołę średnią i z palcem w bucie dostałem się na oblegany kierunek. Nie wiem jeszcze, czy coś z tych studiów wyjdzie, ale to dodało mi wiary we własne możliwości. Przeszedłem kolejną operację w kierunku zmiany płci, to też coś. Co prawda była traumatyczna, ale mam z głowy dwa najpilniejsze etapy. Zacząłem się nawet zastanawiać nad trójką, co kiedyś było dla mnie równie realne, co kolonizacja Marsa (widzicie, kolejny dowód na to, że zmiana płci przebiega stopniowo i nie musicie ogarniać wszystkiego na raz).

Ale to, co jest dla mnie najważniejsze, to osiągnięcia od strony łba. Choć ucierpiało na nich Zwierzę, to moje życie zaczyna wyglądać coraz normalniej. Jeszcze nie całkiem normalnie, jeszcze czuć, że muszę brać leki i chodzić na terapię, ale idzie w dobrym kierunku. Co prawda mam wrażenie, że po drodze trochę zgorzkniałem, widzę choćby większy automat w odpisywaniu na wiadomości od ludzi czytających bloga, ale może to wina pławienia się ciągle w tym samym sosie... Brakuje mi tej radości, z którą podchodziłem do każdego kolejnego mejla. Jednak kiedy parę razy "branża" wystawi twoje zaufanie na próbę, przestajesz być otwarty dla wszystkich, także tych, którzy twojej otwartości potrzebują najbardziej. Mimo to jestem dobrej myśli. Wszystko jest do naprawienia.

Także moja sikso, jeśli jeszcze gdzieś niszczysz dymem kolejne ściany, to wiedz, że twoje trucie dupy nie poszło na marne i przyniosło efekty. Z kilkuletnim poślizgiem, ale przyniosło. I nie jest to jeszcze koniec. Mam zamiar być lepszy. I czuć się ze sobą dobrze.

2015/11/02

Hey, look me in the barrel

W iście fajtklubowskim stylu wyprzedaję, oddaję i wymieniam na kocie puszki wszystko, co jest mi tylko trochę niezbędne lub zbędne. Sokowirówka, łóżko, kurtka, odżywka do włosów, donica, skórzane kajdany, suszarka na ubrania... Co się nawinie. Jeszcze nie wiem, czemu dokładnie to robię, opcje są trzy. Kiedyś - z pomocą perspektywy czasu - wybiorę odpowiednią. Na pewno chcę zrobić sobie miejsce. Na co? Też nie wiem, ale nie boli mnie to.

Gromadzenie rzeczy było moim problemem przez całe życie. Nie miałem Domu przez duże De od lat, zastępowałem go więc skupiskiem bambetli. Czułem się lepiej mając rzeczy. Okej, nie mieszkam nigdzie na stałe, nie czuję się nigdzie u siebie, nie mam rodziny jako takiej, ale skleciłem sobie przecież tymczasowe gniazdo. Ze spodni, w które kiedyś wchodziłem; paczki listów od ludzi, którzy mnie już nie pamiętają; czterech pęków kluczy od domów, do których nie wolno mi wchodzić; lampek na gwiazdkę z pięciokrotnie klejonym kablem; książki kucharskiej, której nie będę używał do samotnych obiadów; wszystko-odpornego ochraniacza na materac, żeby przygodne znajomości nie miały znaczenia na następny dzień. Życiowy barłóg pozornego poczucia bezpieczeństwa. Samozwańcza przynależność. Pamiątki po każdej pojedynczej chwili, w której coś znaczyłem dla siebie i/lub innych.

Nawet kiedy nie miałem gdzie mieszkać, nadal gdzieś tam miałem jakieś swoje rzeczy - część tu, część tam... Niektórych nie odebrałem do dziś, po pięciu latach. Zapewne już ich tam nie ma. Nadal jednak myślę o nich, jak o swojej własności, którą wprowadzę do Domu - bo przecież na pewno kiedyś będę jakiś miał, huh? 

 

2015/05/25

I walked through fire to save my life


Mnóstwo postępów, mnóstwo zmian, mnóstwo planów. I ogrom presji, by być szczęśliwym człowiekiem. Presji napływającej z każdej strony poza moją własną głową.

Od półtora roku jestem eks-samobójcą, to fakt i postęp. Ale jeszcze nie jestem żywym człowiekiem.

2014/12/19

I can't hate the ones who made me.


W wersjach roboczych mam zapisanego niedokończonego posta sprzed kilku tygodni. O dziwo pozytywnego. Niestety, dzisiaj nie nadaje się do publikacji.

Dostaję sporo wiadomości, w których ludzie dziękują mi za to, co piszę. Opowiadają, że dzięki mnie łatwiej było im przetrwać, że odzyskali nadzieję, że czytanie pozwala im podejść do życia z większym spokojem. Super. Serio, cieszę się. Tylko dlaczego obcy ludzie korzystają z moich myśli, a ja sam tego nie potrafię? To naprawdę męczące. Ile można walczyć z tym samym problemem? Brak energii, brak chęci do życia, bla bla blah. To już jakieś 12 lat, halo. Jestem tym równie zmęczony, co poirytowany. Wystarczy, że kilka dni nie wezmę leków i już mamy małego obżartucha ze skłonnościami samobójczymi. Nie chcę do końca życia brać psychotropów. Nie chcę wiedzieć, że bez chemii czuję się nic nie wart i gotów do łamania karku. Nie chcę widzieć wstania z łóżka jako wielkiego wyczynu. Nie chcę skutecznie udzielać rad, jednocześnie nie mogąc z nich skorzystać. Chcę normalnie reagować, normalnie się wkurwiać, normalnie się załamywać, normalnie się śmiać, normalnie się podkochiwać, normalnie czuć głód... Chcę mieć więcej niż te dwie opcje do wyboru: wymęczony spokój, paniczna beznadzieja. Chciałbym też mieć możliwość wygadania się - to niewyobrażalnie smutne, kiedy wiesz, że każdy może do ciebie napisać, ale ty masz do dyspozycji wyłącznie wizualizację fragmentu swojego charakteru (aka Zwierzę). Chyba tęsknię do bycia mile widzianym w czyimś życiu. Tak rzadko się to zdarza i tak krótko trwa. Niecierpliwie czekam na kolejny raz.

Ostatnio doszedłem do wniosku, że moje życiowe cele i marzenia są wzięte z kosmosu. Postanowiłem zejść na ziemię i skupić się na tym, co jest w zasięgu moich krótkich łapek. Zrezygnowałem na przykład z myśli o dziecku. Nie jestem dobrym kandydatem na ojca. Jasne, ponoć mam boskie podejście i wszystkie znajome dzieciaki mnie kochają. Może i bym był dobrą opiekunką albo przyszywanym wujkiem, ale nie ojcem. Nie z tą porezaną głową, niestety. Co dziwne, żal odczuwam dość niewielki. Małe były szanse na dziecko, zatem i rezygnacja łatwiejsza. To samo z wyborem zawodu. Zdrowie nie pozwala mi na pracę przy garach. Przejrzałem wszystkie swoje małe marzenia i poddałem je weryfikacji. Zmniejszyłem poziom trudności życia, jeśli mogę tak powiedzieć. Wszystko w nadziei, że uda mi się osiągnąć jakiś tam minimalny stopień spełnienia i szczęścia. Zobaczę, co z tego wyjdzie.

Święta i Nowy Rok będę obchodzić w otoczeniu swojej jedynej aktywnej rodziny, czyli kotów, Zwierzęcia i słodyczy. Trochę lipa. Zastanawiam się nad pójściem na jakąś miejską wigilię dla samotnych czy coś... Nie jestem chrześcijaninem, ale kulturowo gwiazdka mimo wszystko dużo dla mnie znaczy. W tym roku nawet kawałka choinki mieć nie będę, niestety, za dużo leków do kupienia w grudniu. Jeśli ktoś chce mi złożyć życzenia, niech życzy mi jakiegokolwiek poczucia stabilności i bezpieczeństwa w 2015r. Nie zniosę chyba kolejnego roku bez pewności, że mam gdzie mieszkać, co jeść i za co się leczyć.

Ja za to wszystkim życzę, żeby czuli się dobrze z samym sobą i żyli swobodnie zgodnie ze swoją tożsamością, nie tylko płciową.